Kiedy byłem młodszy i w zasadzie dopiero zaczynałem swoją przygodę ze sportem, w klubie sportowym, w którym trenowaliśmy poinformowano nas, że musimy wykonać obowiązkowe badania lekarskie, których celem jest określenie czy jesteśmy zdrowi, a co za tym idzie – czy trenując nie narażamy naszych organizmów na poważny uszczerbek na zdrowiu.
Dodatkowo dowiedzieliśmy się, że takie badania będziemy musieli wykonywać regularnie – co pół roku. Taki jest bowiem okres ważności wykonywanych tam badań.

Do przychodni sportowo-lekarskiej przychodziłem więc dokładnie co pół roku. Wizyta tam nie była zazwyczaj niczym ciekawym. Po przebraniu się w strój sportowy i odebraniu swojej karty, rozpoczynało się mozolną wędrówkę od gabinetu do gabinetu, gdzie lekarze – specjaliści w rozmaitych kategoriach ludzkiego ciała sprawdzali, czy moje nadaje się do systematycznego uprawiania sportu. Po zwiedzeniu wszystkich zaznaczonych na karcie gabinetów, przychodziła kolej na wizytę końcową, podczas której dyrektor placówki na bazie zebranych w karcie informacji, podejmował decyzję o tym by dopuścić danego zawodnika, czy też zawodniczkę do uprawiania sportu, przybijając pieczątkę z napisem „zdolny”. Szczerze powiedziawszy wizytowanie tego miejsce po kilka latach stało się dla mnie bardziej udręką, aniżeli czymś ciekawym. Było to po prostu niesamowicie nudne, kolejki do niektórych gabinetów potrafiły być bardzo długie, przez co czas spędzany w środku przychodni wydłużał się. Ponadto, byłem pewny tego, że z moim organizmem jest wszystko w porządku. Czułem się świetnie, dlatego nie zakładałem, że któregoś dnia może się okazać, że coś jest nie tak.
Taki dzień jednak w końcu nadszedł. Badania, jak to zwykle bywało przebiegły dosyć monotonnie, ale raczej w normie. Po niecałych dwóch godzinach spędzonych w przychodni, w końcu nadszedł moment, w którym miałem wejść do ostatniego gabinetu. Tam pani doktor sprawdziła moje dokumenty, osłuchała mnie, po czym stwierdziła, że słyszy coś niedobrego w pracy mojego serca i niestety nie może uznać mnie tym razem za zdolnego do uprawiania sportu, do czasu aż nie wykonam dodatkowych badań. Dokładniej, chodziło jej o badanie echo serca, które miałem jak najszybciej wykonać i z wynikami wrócić do przychodni. Dobrze pamiętam, że wychodziłem stamtąd nieco zmieszamy. Po pierwsze, nigdy nie spodziewałem się, że mogę mieć kłopoty z uzyskaniem zaświadczenia o zdolności do trenowania. Po drugie, bałem się wtedy, że z moim sercem faktycznie coś może być nie tak. Jak wiadomo, w tych sprawach nie ma miejsca na żarty. O serce trzeba dbać i jakiekolwiek objawy tego, że coś niedobrego może się z nim dziać powinny popchnąć nas do natychmiastowego podjęcia działań w tym zakresie. Ja i moi rodzice nie zamierzaliśmy czekać, więc po niecałym tygodniu byłem już na wspomnianym badaniu. Powiem szczerze, że przyszedłem na nie pełen obaw i lęku. Nie wiedziałem, za bardzo czego się spodziewać – jak będzie przebiegać badanie, czy będzie bolesne itp. Dodatkowo, naprawdę martwiłem się o stan mojego serca. Wiedziałem też o tym, że jeżeli wyniki badania będą w jakikolwiek sposób negatywne, będzie to dla mnie równoznaczne z zakończeniem przygody ze sportem. W gabinecie czekał na mnie uśmiechnięty od ucha do ucha pan doktor, który przygotował maszynę do przeprowadzenia badania. Muszę przyznać, że jego podejście było bardzo dla mnie bardzo ważne, a to, że sam był bardzo wyluzowany na pewno dodało mi otuchy przed badaniem. Samo badanie łudząco przypomina badanie USG. Lekarz obsługujący maszynę, przy pomocy urządzenia przypominającego pistolet porusza się w okolicy naszego serca, a miejsce, które aktualnie sprawdza pokazuje się mu na ekranie komputera. Ja, lekarzem oczywiście nie jestem, dlatego nie mam pojęcia co takiego tam zobaczył. Wiem natomiast, że moje obawy były nieuzasadnione, ponieważ po badaniu zostałem poinformowany, że ze zdrowie mojego serca (i moim zarazem) jest wszystko całkowicie w porządku. Dodatkowo zostałem poinformowany, że moje serce posiada bardzo silne komory, co jest ponoć dość rzadko spotykane. W każdym razie, cała ta historia miała dla mnie pozytywne zakończenie.

Następnego dnia zawiozłem wyniki echa do przychodni sportowo-lekarskiej, gdzie otrzymałem dobrze mi znaną pieczątkę zaświadczającą, że mogę nadal uprawiać sport. Cała ta historia nauczyła mnie jednak tego, że warto czasem samemu zatroszczyć się o swoje zdrowie. Nie miałem pojęcia, że z moim organizmem może być coś nie tak, natomiast jeden z lekarzy uznał, że niekoniecznie słusznie. Kilka dni później byłem już po badaniu, które sprawiło, że zyskałem zasłużoną pewność co do tego, że z moim zdrowiem jest wszystko ok.

[Głosów:0    Średnia:0/5]

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here